Kiepska identyfikacja wizualna – co dalej?

K

Nie wiedzieć dlaczego wiele raczkujących firm, wbrew temu o czym trąbi się w internecie i o czym możemy przeczytać w niemal każdym poradniku o kreowaniu wizerunku marki, traktuje jej tożsamość po macoszemu.  O co chodzi? Dlaczego raz a porządnie nie oznaczymy tego jako priorytet i nie wykonamy zgodnie z zaleceniami? Dlaczego na liście „do zrobienia” zapisujemy ją tuż pod listą z zakupami? Otóż jeśli nie wiadomo o co chodzi , to zawsze chodzi o pieniądze. Ale czy na dłuższą metę warto? Czy faktycznie chcemy wyłącznie odfajkować ten punkt i chociaż to mieć już z głowy? Przecież założenie firmy wiąże się z mnóstwem innych, trudniejszych, a na pewno ważniejszych kwestii, w które warto zainwestować większą sumę.
Identyfikacja wizualna?! A na co to komu?! Przecież kolega zrobi mi logo…

…I ZOSTANIE PO MNIE DRWIĄCY ŚMIECH POKOLEŃ

Ikony (do których należy logo) są prostym przekazem pewnych słów, czy wartości ustanowionych przez firmę.  Identyfikacją dążymy do tego, by były kojarzone z naszą marką, ma ona być niejako nośnikiem pewnych cech, które chcemy, aby z nami utożsamiano. Dobre i szanujące się marki mają nie tylko logo, ale kompleksowy system wizualny („kluczowy motyw graficzny”), składający się z typografii, przypisanych kolorów, pewnych powtarzalnych układów stron. Pamiętajmy, że przy obecnym rozwoju rynku sam znak musi być użyteczny w zasadzie od pierwszego wejrzenia, a więc – najlepiej – na tle większego konglomeratu.
W świecie owładniętym rządami mediów społecznościowych, możliwości promocji czekają na nas za każdym rogiem. Naiwnością jest więc sądzić, że logo wystarczy. Jeśli nie jesteś Samsungiem – naklejenie ikony na produkcie to jedynie kropla w morzu, które Cię zaleje. No, chyba, że zmienisz swoje przekonanie…

Dzisiaj bowiem każdy z nas kupuje pomysł, samą ideę, a identyfikacja musi być jej wyrażeniem.
Cały system tożsamości wizualnej jest pewnego rodzaju zbiorem symboli, kolorów i pewnych wykreowanych przez nas skojarzeń na potrzeby marki. Estetyka, która jest sama w sobie wizytówką firmy, opowieścią o niej musi składać się z elementów, które występując osobno są niezależne od siebie i dobrze się prezentują, ale razem tworzą pełną lirykę brandu; czy to w internecie, czy na tradycyjnych nośnikach.
Dobra identyfikacja sama rodzi wrażenie wyższej jakości i profesjonalizmu, nawet marce, która przez swoją krótką karierę nie zdążyła wypracować sobie jeszcze zaufania klientów (i inwestorów).  To twarz firmy, fundament kompletnych działań marketingowych, bóstwo firmy, które powinno się czcić.

STWORZYŁ BÓG IDENTYFIKACJĘ I WIDZIAŁ, ŻE BYŁA DOBRA

Warto też poruszyć jedną kwestię, która niejako usprawiedliwia nieudany projekt. Otóż identyfikacja wizualna jest przecież pewną wynikową strategii, którą przyjął prezes firmy. Większość startupów na początku swojej kariery zdaje się w kwestiach graficznych na siebie samych, pseudo konkursy kreatywne lub „kolegę kolegi, który w podstawówce robił dobre prezentacje w PowerPoincie. Zrobi coś fajnego, taniego i po znajomości. A potem jak starczy czasu i będą pieniążki – pomyślimy nad nowym.” Dobre chęci i ambitny plan to jeszcze nie wszystko. Kluczowe „potem” może być gwoździem do trumny.

Bo jak bardzo będziemy sfrustrowani i ile ryzykujemy wprowadzeniem rewolucyjnego produktu na rynek, który jakościowo przoduje wszystkim innym, ma najlepsze parametry i bajery, o których każdy dotychczas mógł wyłącznie pomarzyć, (a my na to wpadliśmy. Ba, my to zrobiliśmy!) ale jakoś się nie sprzedaje? Szkoda, że nikt go nie zauważył… Ale jak to?! Przecież jest na tyle innowacyjny, że sama idea powinna przyciągać uwagę! Przecież jako jedyni na rynku zrobiliśmy coś takiego! No tak, uwagę może i by przyciągnął, tylko, żeby zwrócić czyjąkolwiek uwagę na produkt jest jeszcze potrzebna strona wizualna. I to nie byle jaka. Wypadałoby się przywitać, szarmancko i z uśmiechem wyciągnąć dłoń do konsumenta.

No cóż, oszczędność miała zaprocentować i pomóc nam odłożyć na ważniejsze wydatki… a na horyzoncie ratowanie firmy przed bankructwem (bo choć produkt jest na półkach, sprzedaż dalej stoi) – jak to dobrze, że trochę odłożyłeś!

JESZCZE FIRMA NIE ZGINĘŁA PÓKI MY ŻYJEMY

…nic bardziej mylnego. To, że zarząd istnieje, działa i ma się dobrze nic nie znaczy.  Czytelna komunikacja tego, kim jesteśmy jest najważniejsza w procesie szeroko pojętej kreacji. Jeśli nasza wyrazistość  ledwo odbija się od dna, możemy być pewni, że klienci sami zaklasyfikują nas według własnych spostrzeżeń, a my stracimy doszczętnie kontrolę nad naszym wizerunkiem. Jeśli nie stworzymy zbiorczego wizerunku marki, każdy potencjalny klient dopowie sobie sam szczegóły. Fajnie, że zmuszamy naszego odbiorcę do myślenia, że dajemy mu wyłącznie wędkę, jesteśmy tacy nowocześni, poradnik małego przedsiębiorcy chyba ujrzał światło dzienne… Tylko pamiętajmy, że to co teraz złowi nie zależy już od nas.

A kogo mama uczyła, że raz stracone zaufanie jest trudne do odbudowania? Wszystkie ręce w górę! Zaufanie jest, bowiem, jednym z najważniejszych elementów wpływających na decyzję zakupową. Jeśli reklamujemy się jako wysoce profesjonalna agencja interaktywna, a zlecamy logo lub jego redesign randomowemu pseudo projektantowi drogą pseudo-konkursowo-kreatywną – sorry – nic z tego (niejedna „agencja” tak rozpoczyna swoją karierę – część dalej żyje. Tylko co to za życie…). Dysonans w komunikacji powoduje nie tyle sam brak zrozumienia przez klienta, ile momentalną utratę zaufania, którym nas obdarzył, albo chciał obdarzyć.  Skoro jesteśmy tak niezwykle kreatywnym studiem specjalizującym się (UWAGA) w identyfikacji wizualnej, outdoorze ect., to jakim cudem zdajemy się, nawet już nie na kolegę szefa, a na przypadkowego, nieznajomego „projektanta”? Przez identyfikację wizualną rozumiem również (a w zasadzie, w przypadku agencji kreatywnej – głównie), strony internetowe – dalej często rodem z lat 90.

NAM STRZELAĆ NIE KAZANO…

…zwłaszcza we własne kolano. A od kiepskiej identyfikacji już cała strategia (niespójna z kreacją) leży i kwiczy. Od teraz wszystkie nasze działania marketingowe będą chaotyczne. Bez punktu zaczepienia każdy nasz wpis na fanpejdżu, każdy mail, każde działanie promocyjne będzie wyłącznie indywidualnym elementem kampanii nie tworzącym żadnej całości. Tutaj zaczyna się bajzel marketingowy, z którego ciężko potem się odgrzebać.

W sektorze b2b często to wyłącznie czynnik wizualny jest decyzyjny. Nie zawsze dane nam jest poznać przed współpracą klienta osobiście. Przeważnie witają się z nim elementy identyfikacji wizualnej – odbiorcy poszukując i analizując rynek rozpoczynają research od odwiedzenia strony internetowej. Wstępne decyzje o udziale w przetargu zapadają bez naszej wiedzy, szkoda byłoby przez, choćby, brak strony mobilnej, albo identyfikacji w stylu vintage zaprzepaścić może największą naszą szansę biznesową, prawda? Niewykorzystane szanse bolą najbardziej… a, przepraszam! Przecież nawet nie dostaliśmy szansy…

Każdy z nas, mimo że lubi to, co już znane, szuka i zapamiętuje nowości. A te ładnie zaprojektowane najbardziej przyciągają naszą uwagę. Charakterystyka marki i to, czy ją zapamiętamy wpływa pozytywnie na jej reputację i gwarantuje sukces niemal każdej organizacji. Należy zatem zadbać o wizualną prezentację cech brandu i ich odbiór. Dlatego bardziej znane już marki próbują zaanektować pewne wzorce i symbole wyłącznie dla siebie; kolor, typografię, zdjęcia i rysunki, układy stron.

Nie tylko startupy mają problemy, których źródłem jest nieodpowiedni wizerunek marki. Również firmy o stabilnej pozycji, które chcą mieć w swoim zespole młodych pracowników, tracą ich z tego powodu. Każdy specjalista junior, który wkracza do firmy jako świeżak, chce mieć przecież się czym pochwalić i pracować dla firmy, której wizerunek jest nie tyle rozpoznawalny, co po prostu prestiżowy. A prestiż dyktowany jest m.in. walorami wizualnymi, które niejako narzucają wartości.

(OCALAŁEM?) PROWADZONY NA RZEŹ

Jak nie zaniedbać tak ważnego etapu jak identyfikacja wizualna, której, umówmy się, nie sposób ustawicznie modyfikować? Jakie jest najlepsze rozwiązanie, aby ocaleć nim zacznie się marketingowa rzeź? Otóż – wspomniane wcześniej – pieniążki. O ile nie zawsze produkt droższy jest faktycznie lepszy jakościowo, o tyle w tej kwestii warto przeznaczyć fundusze we wczesnej fazie projektowania firmy (mając już dobrze sprecyzowaną strategię) na sprawdzoną agencję interaktywną albo freelancera. Może, gdybyś „umiał te wszystkie programy, sam zrobiłbyś szybciej, lepiej i taniej” (szybko, tanio ≠ dobrze), natomiast pamiętaj, że dopóki nie umiesz i jesteś specjalistą w zupełnie innej dziedzinie – projekty wizualne zostaw profesjonalistom, bo to w ich gestii jest wykreowanie dobrej marki. Ty będziesz ich wizytówką, więc zawsze zaproponują Ci najlepsze logo, dobiorą wszelkie schematy kolorystyczne, fonty i dokonają głębokiej analizy, żebyś wpasował się z firmą w branżę, ale jednocześnie wybił się nad konkurencją!

Więc jeśli wciąż zamierzasz oszczędzać na firmie od początku jej istnienia – ostrzegamy po stokroć, ja i wszystkie poradniki małego przedsiębiorcy  – Twoja „gospodarność” pochłonie Cię szybciej niż myślisz. A potem wypluje. I jedyne co po Tobie pozostawi to drwiący śmiech konkurencji i Twoją nową kochankę– Frustrację…

 

DO POCZYTANIA:

– „Art Branding”, Igor Gałązkiewicz
– „Logo Design Love”, Airey David
– https://marketerplus.pl/teksty/artykuly/system-identyfikacji-wizualnej-dla-malej-sredniej-firmy/

Najnowsze wpisy

Polub nas!